Aktualności

ŁKS, The Beatles i Święty Graal – cz. I

24
16 / 01 / 2019

Każdy kibic ŁKS-u zna doskonale przynajmniej dwie piosenki grupy The Bootels. Ale już mało kto wie, że Andrzej „Żuk” Żukiewicz, czyli wokalista tego zespołu, to były piłkarz „Rycerzy Wiosny” i ceniony muzyk o niezwykle ciekawym życiorysie. Nie wierzycie? Przeczytajcie pierwszą część obszernego wywiadu.

Od premiery nowej piosenki o Łódzkim Klubie Sportowym minęło już prawie półtora miesiąca. Spodziewał się pan takiego zainteresowania tym utworem? A może… liczył na jeszcze większy odzew?

Myślę, że godnie uczciliśmy 110-lecie istnienia klubu. Oficjalna premiera piosenki odbyła się na początku zimy, choć zdajemy sobie sprawę, że pełnią życia utwór zacznie żyć dopiero na wiosnę, kiedy piłkarze powrócą na ligowe boiska. Zainteresowanie już teraz jest jednak ogromne. Mimo że na razie specjalnie nigdzie nie rozpowszechniamy „Rodowitych”, czekając na wznowienie rozgrywek. Czasem śmiejemy się z chłopakami z zespołu, że piosenka krąży jako pirat po różnych odbiornikach. Pirat, dodajmy, świetnie przyjęty, bo dostaliśmy już wiele sygnałów, że ludzie znakomicie się bawią przy dźwiękach tego numeru. Przykładowo, u jednego z moich znajomych w sylwestrowy wieczór „Rodowici” polecieli… 30 razy z rzędu!

Czyli na razie mówimy o bootlegu z prawdziwego zdarzenia…

Coś w tym jest. Mam nadzieję, że z czasem piosenka pojawi się nie tylko na meczach piłkarzy, ale też siatkarek i podczas występów innych sekcji ŁKS-u. Bo, podkreślę, jest to kawałek napisany z myślą o wszystkich ełkaesiakach.

Wiemy, że ma pan w głowie pomysł na całą płytę z utworami doskonale znanymi kibicom ŁKS-u. Co więcej możemy powiedzieć na ten temat? Kiedy taki krążek może ujrzeć światło dzienne?

Na razie mamy dwa bardzo dobre single, czyli „Zawsze był i jest ŁKS” oraz „Rodowitych”. Ale już kilka razy rozmawiałem z Piotrkiem Jełowickim, żeby nagrać też te utwory, które są najczęściej śpiewane na stadionie. Wówczas musielibyśmy je tak zaaranżować, aby kibice to zaakceptowali. W założeniu ma to być rodzaj muzycznego kompendium dla każdego fana ŁKS-u. Chciałbym, aby taka płyta znalazła się mieszkaniu każdego sympatyka naszego klubu. Byłaby to także świetna pamiątka i zarazem upominek dla fanów piłki z innych miast. Bo praktycznie w każdym dużym sklepie klubowym dostępne są tego rodzaju wydawnictwa płytowe. I wiem, że cieszą się dużym zainteresowaniem.  Bo takie rzeczy z radością przekazuje się potem swoim dzieciom i wnukom. Na początku chcielibyśmy wydać taki album w wersji kompaktowej, ale gdyby było takie zapotrzebowanie, to z radością wydalibyśmy też całość na winylu. Oczywiście ze starannie zaprojektowaną wkładką, jak na porządne wydawnictwo przystało. Ze zdjęciami, okładkami gazet, anegdotami i ponadczasowymi hasłami. Możliwości jest wiele, a my już teraz się wyróżniamy, bo w Polsce żaden klub nie ma takiej muzyki, jaką ma ŁKS. Moje przesłanie do kibiców jest proste: niech każdy z nas robi dla klubu to, co potrafi najlepiej! Ja nie mogłem zostać piłkarzem i pomóc ŁKS-owi na boisku w zdobyciu mistrza Polski, ale staram się mu pomóc w inny sposób – poprzez pisanie piosenek.

Planów płytowych macie podobno znacznie więcej…

To prawda. W 2017 roku zagraliśmy bowiem na Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty jako support przed Electric Light Orchestra. Oni sami nas zaprosili do zagrania przed nimi, co było dla nas wielkim zaszczytem. Chcieli, aby przed nimi pojawił się zespół, który gra dźwięki, od których zaczęła się ich muzyczna podróż. Dla mnie ELO to także szczególna grupa. Gdy w latach 80. byłem na kontrakcie w Szwajcarii i usłyszałem ich album „Discovery”, od razu się nim zachwyciłem. Momentalnie poczułem wtedy, że pojawił się zespół, który na bazie The Beatles poszedł o krok dalej i wykreował coś nieprzeciętnego. Do dziś mam wielki szacunek dla ELO, więc kiedy tylko pojawiła się opcja zagrania przed nimi, nie namyślaliśmy się długo. Ten 90-minutowy występ to było dla nas niczym pojawienie się w muzycznej Lidze Mistrzów, bo my otwieraliśmy cały festiwal, a po nas i po ELO następnego dnia zagrały jeszcze takie tuzy rocka jak Riverside i Yes.

Nasz występ wyszedł lepiej niż ktokolwiek się spodziewał, a że został zarejestrowany, to w tym roku chcemy go wydać w formie podwójnego albumu. To było łącznie 19 utworów plus bis. Do albumu mieliśmy wybrać najlepsze z nich, aby powstał z tego 45-minutowy krążek. Ale okazało się, że nie ma co odrzucić, bo wszystko wyszło super i nie było się do czego przyczepić. Mówiąc wprost: żal byłoby cokolwiek usunąć. Zresztą inicjator festiwalu też jest żywo zainteresowany tym, aby taka płyta niebawem się ukazała. Dlatego na razie zrezygnowaliśmy z koncertowania na rzecz pracy w studio. Zwłaszcza że po skończeniu pracy na tą płytą mamy już pomysł na dwie kolejne – na album z piosenkami o ŁKS-ie i z najsłynniejszymi rockandrollami. Wszystko wymaga jednak czasu i odpowiedniej ilości prób. Ale zapału nam nie brakuje, więc wszystko powinno się udać.

The Bootels jest jednym z nielicznych zespołów, które mają zezwolenie na występy w legendarnym klubie The Cavern w Liverpoolu, który jest nierozłącznie związany z dziejami The Beatles. Jak do tego doszło?

Wszyscy wywodzimy się ze środowiska muzycznego, choć nie każdy z nas zaczynał granie od rocka. Bo choćby ja, chodząc do szkoły muzycznej, grałem też inne gatunki – od muzyki poważnej począwszy, przez jazzową, na popowej skończywszy. Był taki moment, kiedy wróciłem do kraju po kilkunastu latach gry za granicą – gdzie grałem w sumie w dziesięciu krajach na różnych kontraktach, akompaniując różnym ludziom i grając w różnych zespołach – i spotkałem kolegę-gitarzystę, z którym wychowywałem się na tej samej ulicy, a z którym w międzyczasie występowałem wspólnie w zespole Rezerwat w okresie największej popularności tejże formacji. Od słowa do słowa postanowiliśmy założyć grupę, bo chcieliśmy znowu trochę wspólnie podziałać muzycznie. Mając skład, który trochę w muzyce rockowej już namieszał, zaczęliśmy grać. A po pewnym czasie doszliśmy do wniosku, że byłoby dobrze, gdyby to nasze granie w jakiś sposób uszlachetnić. Bo grając utwory różnych zespołów, nie różniliśmy się zbytnio od innych kapel klubowych, które grają okazjonalnie i ciągle muzycznie błądzą. A że ja całe życie miałem w sercu muzykę The Beatles, zaproponowałem, abyśmy wzięli się za ich twórczość, ale w nowoczesnej aranżacji. Przymierzyliśmy się do tego, a gdy znajomi usłyszeli nasze poczynania, z miejsca się tym zachwycili. Poszliśmy więc za ciosem i opracowaliśmy repertuar. No i w końcu przyszedł moment, w którym postanowiliśmy się jakoś sprawdzić z tymi naszymi współczesnymi wersjami hitów autorstwa słynnej czwórki z Liverpoolu. A gdzie najlepiej to zrobić? Oczywiście u samego źródła – i tak pojawił się pomysł występu w The Cavern.

Kibic ŁKS-u na tej samej scenie, co największe tuzy rocka? Hm, brzmi nieźle…

To miejsce kojarzy się z The Beatles, ale rzeczywiście zagrali tam przecież wszyscy najwięksi tego świata: Queen, Led Zeppelin, Deep Purple, Elton John, Stevie Wonder, The Who, The Rolling Stones i wielu, wielu innych. Tam byli wszyscy, którzy coś znaczą dla światowej muzyki. Wiedzieliśmy na wstępie, że wcale nie jest łatwo tam zaistnieć, więc musieliśmy wszystko dobrze sobie organizacyjnie przygotować – angażując m.in. fotografa, kamerzystę i panią menedżer. Spodziewaliśmy się, że odpowiedź na wysłaną przez nas próbkę twórczości i na nasze zapytanie przyjdzie po pół roku, bo tyle zwykle się czeka na jakikolwiek odzew z The Cavern. A tymczasem okazało się, że już po tygodniu przyszedł mail z pytaniem: kiedy chcemy zagrać? Bo dostaliśmy informację, że możemy to zrobić w każdej chwili. Pomyśleliśmy sobie: „jest nieźle” i z jeszcze większym zapałem wzięliśmy się za dopracowanie wszystkiego. W lutym 2008 roku polecieliśmy zagrać dwa koncerny w The Cavern. Miały być dwa, a zagraliśmy trzy. W międzyczasie telefonicznie gościliśmy stamtąd jeszcze w specjalnej audycji Radia Łódź u Jana Targowskiego. Co tu dużo mówić, Anglicy przyjęli nas bardzo owacyjnie.

To duży komplement, bo oni są przecież niezwykle ortodoksyjni w kwestii jakichkolwiek interpretacji utworów The Beatles…

Całkowita racja. A tu docenili kunszt i nasze muzyczne spojrzenie do tego stopnia, że od razu dostaliśmy zaproszenie na najbliższą edycję International Beatle Week, czyli coroczne święto dla entuzjastów twórczości Lennona, McCartneya i spółki. Wtedy przez Liverpool przewija się ćwierć miliona osób, które przylatują specjalnie z tej okazji. A my wystąpiliśmy tam jako reprezentanci polskiej sceny, co jest uwiecznione w oficjalnych programach imprezy. Łącznie, tylko w 2008 roku, zagraliśmy w The Cavern dziewięć koncertów. Rok później kolejne dziewięć, a cały czas dotychczasowy bilans w The Cavern to 28 bardzo entuzjastycznie odebranych występów. Wiązało się to wszystko z ogromnymi kosztami, ale poradziliśmy sobie z tym i nikt nam już tego dorobku nie zabierze. W 2008 roku nakręciliśmy jeszcze teledysk w Liverpoolu do piosenki „Please, please me” i podczas tej realizacji spotykaliśmy z kolejnymi wyrazami sympatii. Co było dla nas bardzo ważne, pochodziły one także od ludzi, którzy pamiętali jeszcze The Beatles w szczytowej formie. To nas utwierdziło w przekonaniu, że nasze wysiłki mają sens i nasze granie faktycznie jest dobre. A ukoronowaniem całego projektu faktycznie był list referencyjny, który otrzymaliśmy od Billa Hackle’a, czyli właściciela The Cavern i osoby, która doskonale znała muzyków The Beatles i ich najbliższe środowisko. Dość wspomnieć, że jeszcze w 2016 roku w biurze The Cavern siedziała obok niego siostra Johna Lennona, z którą miałem przyjemność przywitać się. Na wspomnianym dokumencie widniało, że The Cavern docenia nasz wysoki poziom artystyczny i że możemy występować w tym klubie, kiedy tylko chcemy.  Śmiało mogę więc teraz powiedzieć, że dotarłem do samego źródła – do mojego muzycznego Świętego Graala. Bo nikt w tej części Europy nie ma podobnego certyfikatu z The Cavern…

A czy ktoś z Polski grał jeszcze po Was w The Cavern?

W międzyczasie na scenie The Cavern pojawiło się jeszcze kilka polskich zespołów, ale ich występy nie zostały odebrane aż tak pozytywnie. A już jeden z koncertów zakończył się istną katastrofą, bo nie pozwolono im dograć całej setlisty. Jak mi to powiedział jeden z moich angielskich przyjaciół: „zagrali The Beatles jakby grali na weselu”. To tylko pokazuje jak wymagająca jest publiczność w The Cavern. A już wspomniany Beatle Week to przeżycie jedyne w swoim rodzaju, gdy na ulicach widzi się beatlemaniaków ze wszystkich zakątków globu – od Nowej Zelandii po Grenlandię. Czasem człowieka aż ciarki przechodzą, gdy mija obok sobowtóra George’a Harrisona. Bo i tacy ludzie się tam zdarzają. Kiedy ów gość zobaczył moją minę, po prostu zaczął się serdecznie śmiać. Albo proszę sobie wyobrazić czterech Japończyków, którzy są ubrani jak The Beatles w latach 60. Przez pewien czas korespondowaliśmy nawet regularnie z tą grupą, zafascynowani azjatyckim odbiorem muzyki Beatlesów. Na tej samej zasadzie długo trzymaliśmy też kontakt z podobną grupą z… Argentyny.

Na czym polega magia The Cavern z perspektywy artysty, który stoi tam na scenie?

Mamy tam swoje cegiełki, tak jak wszyscy, którzy kiedykolwiek dostąpili prawa zagrania tam. A nazwy na innych cegiełkach mogą przyprawić o zawrót głowy. Są tam dwie sceny. Jedna klubowa i druga, którą Paul McCartney otwierał wraz z Davidem Gilmourem oraz Ianem Paicem. Miejsce jest magiczne. Tam się gra bardzo trudno, bo wewnątrz jest bardzo gorąco i bardzo duszno. Anglicy zadbali o to, aby pozostał ten sam klimat, który był tam pół wieku temu w latach największej świetności The Beatles i samego klubu. Na Mathew Street, czyli na ulicy, przy której zlokalizowany jest The Cavern, stoi kolejka chętnych do wejścia, gdyż jednocześnie wewnątrz może przebywać maksymalnie 200-250 osób. Dopiero, kiedy ktoś wyjdzie, w to miejsce mogą wejść kolejni.

Co zapamiętaliście ze swojego debiutu w tym wyjątkowym miejscu?

W 2008 roku, gdy pojawiliśmy się tam po raz pierwszy, już samo zejście po schodach było okraszone ogromnymi emocjami. Wtedy skupialiśmy się głównie na tym, aby dobrze zagrać, a dopiero potem dotarło do nas, w jakim miejscu się znajdujemy. I każdy z nas poczuł ogromne spełnienie i wielką radość. Od razu przypomniały mi się czasy dzieciństwa, kiedy oszczędzałem każdą złotówkę i wyrzekałem się wielu innych przyjemności, aby móc kupić sobie kolejną płytę The Beatles. A tu raptem znalazłem się na tej samej scenie, co moi ówcześni idole. Wcześniej natomiast przebierałem się w tej samej garderobie. Słowem: istny kosmos. Dodatkowo nakręcała nas akceptacja i owacja. Tamte występy uważam za jedno ze swoich największych osiągnięć w życiu.

Co było dalej?

Kolejny ważny moment w historii The Bootels to 2012 rok. Wtedy zagraliśmy w Krakowie koncert w pierwszymi Beatlesami, czyli The Quarrymen. Ci ludzie byli świadkami poznania się Lennona i McCartneya. Zbyszek Frankowski zagrał z nimi cały koncert. Po zejściu ze sceny przegadaliśmy z nimi kilka godzin, które minęły niebywale szybko. Oni też nam potwierdzili, że to, co robimy, jest dobre. Jesteśmy zatem utwierdzeni w tym, że nasza droga jest słuszna.

Podobno macie też sporo materiału filmowego z tego wydarzenia. Można go gdzieś obejrzeć?

Mamy dużo zarejestrowanego materiału, który czeka na wydanie. Szukamy jednak sponsora, który pokryłby koszty przygotowania takiego DVD z filmem dokumentalnym o naszym. Do takiego wydawnictwa dołączylibyśmy unikatowe fotografie, których przez lata też już się sporo nazbierało. Przy okazji wizyt w Liverpoolu widzieliśmy bowiem mnóstwo innych miejsc związanych z historią grupy: od domów poszczególnych muzyków po obiekty upamiętnione w ich najsłynniejszych piosenkach. Gdyby całość zebrać razem, byłby z tego naprawdę zacny dokument. No cóż, wierzę, że i ten pomysł doczeka się szczęśliwego finału.

Jakie jeszcze koncerty wspominacie z dużym sentymentem?

Choćby koncert w Lille, gdzie graliśmy z zespołem francusko-niemieckim oraz ze szkocką grupą o przewrotnej nazwie Revolver. To był bardzo udany występ, taki beatlesowski strzał prosto z Polski do Francji i z powrotem. Lecieliśmy samolotem z Pyrzowic do Brukseli, a stamtąd organizatorzy odebrali nas busem. W Polsce najczęściej graliśmy podczas różnego typu imprez plenerowych. Od czasu do czasu trafiały się też koncerty klubowe o dużo bardziej kameralnym charakterze. W Łodzi można było nas usłyszeć między innymi w Lizard Kingu, Morfinie czy New Yorku.

W jakich miejscach chcielibyście jeszcze kiedyś zagrać?

Na pewno na Wembley. Wiem, że na razie – w dobie Brexitu – jest to marzenie ściętej głowy, ale być może kiedyś odbędzie się jakiś duży koncert dla polskiej społeczności w Londynie i wtedy z chęcią zaangażujemy się w takie przedsięwzięcie. Chyba że znów jako support zaprosi nas naprawdę znaczący na międzynarodowym rynku wykonawca. Wtedy z miejsca pakujemy się i lecimy na Heatrow.

A gdzie najbardziej lubicie występować w Łodzi?

Koncertowa mapa miasta zmienia się dość dynamicznie. Wiele miejsc, w których graliśmy, już nie istnieje, a dużo innych działa pod zmienionym szyldem. Odpowiem tak: zastanawialiśmy się parę razy nad zorganizowaniem czegoś w Scenografii, ale zobaczymy, czy to wypali. Niewykluczone, że bliżej wakacji coś takiego się wydarzy.

Gdzie jeszcze w najbliższym czasie będzie można Was zobaczyć i usłyszeć na żywo?

Niedawno zagraliśmy w Teatrze Wielkim razem z orkiestrą dętą MPK Łódź z okazji jubileuszu MPK. Większość repertuaru stanowiły piosenki The Beatles, ale wspólnie opracowaliśmy też jeden utwór z tekstem Wojciecha Młynarskiego – „Ach co to był za ślub”. W najbliższym czasie raczej będziemy przesiadywać w studiu, ale jeśli ktoś zgłosi się do nas z propozycją jakiegoś ciekawego występu, na pewno rozpatrzymy taką propozycję.

A jak w ogóle wyglądały początki The Bootels? Gdzie i kiedy zaczął się ten projekt?

Jesienią 2003 roku spotkałem się z Witkiem Daraszkiewiczem, który był świeżo po powrocie ze Stanów Zjednoczonych. Ustaliliśmy, że znów wspólnie coś zagramy, a mając za sobą współpracę w Rezerwacie wiedzieliśmy, że to nie jest czcze gadanie. Po paru tygodniach Witek wpadł do mnie z Piotrkiem Jełowickim i było nas już trzech. A potem szybko okazało się, że Piotrek blisko działa ze Zbyszkiem Frankowskim, którego ja – nota bene – miałem wcześniej okazję poznać w Finlandii. Mieliśmy więc czwórkę i brakowało tylko wokalisty. Zwieźliśmy naszego instrumenty do studia przy ulicy Mackiewicza i tam zaczęliśmy grać oraz przesłuchiwać potencjalnych wokalistów. Nikt nam jednak nie przypadł do gustu na tyle, żeby zaprosić go do stałej współpracy. Za to zorientowaliśmy się, że wokalnie najlepiej wypadam ja i Zbyszek Frankowski. A Witek z Piotrkiem całkiem nieźle dają sobie radę w chórkach. I tak oto staliśmy 4-osobowym zespołem w 2004 roku. Potem nastał żmudny okres prób, które sprawiały nam jednak wielką frajdę. W 2007 roku na naszym horyzoncie pojawił się Andrzej Wójcicki, który zadeklarował wsparcie i stał się naszym producentem. Wtedy też powstał pomysł z The Cavern…

O The Cavern już mówiliśmy. A jak losy The Bootels splotły się z innym legendarnym miejscem – londyńskim studiem nagrań Abbey Road?

Masterowaliśmy tam naszą drugą płytę. Bardzo chcieliśmy, aby ukazała się ona również na winylu. Ale nie takim pierwszym lepszym, lecz nawiązującym stylistyką do lat 60. Podstawowym problemem było w tym przypadku dotarcie do jednego z inżynierów, którzy brali udział przy wydawaniu materiałów The Beatles. W końcu jeden z nich odpowiedział na nasz list, że podoba mu się nasza robota i za kilka miesięcy będzie miał dla nas wolny termin. Jako ciekawostkę podam, iż nasza próbka zawierała dość rewolucyjne wykonanie utworu „I Wanna Be Your Man”, który The Beatles początkowo ofiarowali chłopakom z The Rolling Stones. Zresztą cała ta płyta nosi nazwę „R-evolution”, co mówi chyba wszystko o charakterze zawartych tam aranżacji. Całość masteringu odbywała się już później bez naszego udziału, co nie zmienia faktu, że każda z piosenek przeszła przez urządzenia, przez które dekady temu przechodziły kompozycje The Beatles. Potem było jeszcze trochę poprawek, bo zależało nam na tym, aby ta płyta była możliwie „dopieszczona”. Ale warto było na nią chuchać i dmuchać, bo nieskromnie powiem, że jest to jeden z najlepiej wydanych winyli w historii całej polskiej muzyki. A na tylnej okładce widnieje wyraźna sygnatura Abbey Road Studio.

Czym przede wszystkim Wasze wykonania piosenek The Beatles różnią się od oryginałów?

W latach 60. The Beatles byli zespołem, który grał bardzo ostro. Wielu osobom takie stwierdzenie może się dziś wydawać śmieszne, ale taka jest prawda. Oni, jak na swoje czasy, naprawdę dawali ognia i te ich kompozycje były bardzo rewolucyjne. Nawet jak na angielskie standardy, a przecież Anglia była kolebką wielu świetnym kapel, bez których trudno dziś wyobrazić sobie listy przebojów wszech czasów. Pamiętajmy, że kiedyś wzmacniacz o mocy 30 W czy 50 W uchodził za mega wzmacniacz. A jak The Beatles ruszali w trasę po USA to mieli specjalnie przygotowane wzmacniacze o mocy 100 W. Tymczasem teraz zdarza się, że wykonawcy wychodzą na scenę i mają do dyspozycji wzmacniacze o mocy 2 x 10 000 W. Jednym słowem – przepaść. Czasy się zmieniły, zmieniły się też umiejętności muzyków. My, jako The Bootels, też jesteśmy już z innego muzycznego świata. Owszem, potrafimy zagrać archaicznie – nuta w nutę jak grało się pół wieku temu i jak do tej pory gra część kapel przylatujących na International Beatle Week – ale naszym celem od początku było to, aby się czymś wyróżniać. Dlatego u nas jest dużo ostrych solówek gitarowych i ostro brzmiących bębnów. To jest naprawdę ostre granie.

W jednym z tekstów o Waszej grupie znaleźliśmy następujący fragment: „Gdyby jakimś cudem The Beatles przetrwał, tak jak np. Stonesi, to z pewnością grałby tak jak The Bootels. Brzmienie jest mocniejsze, interpretacja bardziej współczesna, choć to cały czas rock and roll” – zgadza się Pan z taką opinią?

Jak najbardziej. The Rolling Stones są dowodem na to, że mimo upływu lat można dostosować swoje kompozycje do potrzeb współczesnego rynku i realizować koncerty zgodnie z obecnymi standardami. Wymaga to ogromnego wysiłku, ale jak najbardziej jest możliwe. Jeśli uda nam się nagrać płytę z największymi szlagierami rockandrollowymi, to też będziemy chcieli pójść właśnie w taką stronę, bo jesteśmy zachwyceni tego rodzaju masteringiem. Stonesi swoje kawałki masterują w Stanach Zjednoczonych, więc możliwe, że największa przygoda ciągle jeszcze przed nami.

Czy młodzież również słucha twórczości The Beatles?

Tak. Oprócz ludzi w tzw. słusznym wieku, widać, że entuzjastycznie podchodzą też do niej nastolatkowie. I bardzo nas to cieszy. Bo muzyka The Beatles to istna skarbnica pomysłów. Podobnie jest z literaturą. Jeśli chce się zostać dobrym poetą, najpierw trzeba zapoznać się z poezją innych. Zobaczyć, co napisali, i dopiero potem zastanowić, czy jest się w stanie na bazie tego stworzyć coś wartościowego. Bob Dylan zanim dostał literacką Nagrodę Nobla nigdy nie ukrywał, że od rana do nocy potrafił przesiadywać w bibliotekach chłonąc jak gąbka wiersze XIII- i XIX-wiecznych poetów. Dzięki temu otwierały mu się w głowie szare komórki i poczuł w sobie powołanie do pisania. Dlatego tak ważna jest szkoła i wyniesione z niej podstawy. Nie każdy rodzi się geniuszem jak członkowie The Beatles, którzy byli w większości samoukami. Choć też nie do końca, bo ojciec McCartneya był przecież pianistą. The Beatles nie skończyli żadnej szkoły muzycznej, ale uczyli się na innych – dla nich szkołą byli ci, którzy byli prekursorami rock and rola: od Chucka Berry’ego po Elvisa Presleya.

Pan w młodości znajdował czas zarówno na naukę w szkole muzycznej, jak i na treningi w Łódzkim Klubie Sportowym. Nigdy nie było żalu, że postawił Pan na muzykę zamiast na futbol?

Był taki moment, kiedy grałem w trampkarzach ŁKS-u z Markiem Dziubą. Od kiedy tylko pomyślałem o tym, aby uprawiać piłkę nożną, w grę wchodził tylko i wyłącznie ŁKS. Ten klub zawsze był obecny w mojej rodzinie i często mówiło się o nim w moim domu. Kiedy miałem zaledwie cztery lata, chłopaki z podwórka po raz pierwszy zabrali mnie na mecz. Tzn. było tak, iż obiecali mojej mamie, że będą się mną opiekować cały dzień, ale w trakcie dnia okazało się, że jadą na ŁKS, więc nie mogli mnie zostawić i wzięli na stadion ze sobą. I tak to się zaczęło. Po meczu odstawili mnie bezpiecznie na podwórko przy obecnej ulicy Pomorskiej (dawna Nowotki), a kiedy opowiadałem później mamie, jak spędziłem dzień, to ona tak się dziwnie na mnie patrzyła i z niedowierzaniem słuchała. Jakby nie wiedziała, o czym w ogóle do niej mówię.

Potem już regularnie jeździłem na ŁKS i coraz więcej grałem w piłkę na podwórku, a gdy na jednym z przedmeczów zobaczyłem juniorów w koszulkach ŁKS-u, to zapragnąłem, aby i mnie ktoś jeszcze w sztuce futbolowego rzemiosła podszkolił. I od słów do czynów dotarłem wreszcie na boisko przy ulicy Karolewskiej na zajęcia organizowane przez trenera i jednocześnie redaktora „Głosu Robotniczego” Włodzimierza Lachowicza. Przeszedłem nabór i między innymi właśnie wraz z Markiem Dziubą, zaczęliśmy uczęszczać na treningi. Po pewnym czasie moja przygoda z grupami młodzieżowymi ŁKS-u dobiegła końca, ale zorientowałem się, że na poziomie szkolnym dzięki nim i tak „wymiatam”. Na zajęciach wychowania fizycznego w SP 175 i później w IV LO moi nauczyciele widzieli tę różnicę i sprawiało mi to wiele satysfakcji.

Ale wtedy równolegle rozwijałem już swoje muzyczne pasje w szkole muzycznej i w pewnym momencie musiałem już się na czymś całkowicie. Wybrałem muzykę, bo w międzyczasie zacząłem szybko rosnąć, przez co stałem się wolniejszy i straciłem trochę swoich walorów na boisku. Zorientowałem się, że zaczynam odstawać od kolegów, a nie interesowało mnie bycie szesnastym zawodnikiem w kadrze. Pomyślałem, że lepszy będzie ze mnie muzyk niż piłkarz. Choć miłość do futbolu przetrwała we mnie do dzisiaj, czego dowodem jest obecność na większości meczów ŁKS-u i kolejne piosenki o tym klubie.

Koniec części I


Rozmawiał: Bartosz Król

POWRÓT






Sponsor strategiczny

Sponsorzy

Partnerzy

Partnerzy

Partnerzy

Partnerzy

Partner strategiczny

Partner techniczny

Partner medyczny

[FM_form id="1"]