Klub

Tajemnice „Tajemniczego”, czyli kibicowanie na petardzie

27.05.2020

27.05.2020

Tajemnice „Tajemniczego”, czyli kibicowanie na petardzie

– Ścigałem się na motorach, skakałem ze spadochronem, latałem szybowcem i nurkowałem, ale to wszystko robiłem sam. A tu, na stadionie ŁKS-u jest coś, czego nie doświadczysz w żadnym innym miejscu – mówi Maciej, którego znacie z ełkaesiackich stron jako „Tajemniczego Don Pedro”.

– Może kolega by się na początku przedstawił.

– Dzień dobry, mam na imię Maciej, 49 lat i jestem Ełkaesoholikiem.

– Czym się kolega zajmuje?

– Działam w branży motoryzacyjnej.

– Kolega chyba lubi życie. Przeglądałem profil, a tam sport, taniec, motoryzacja. Nie nudzicie się…

– Przyznaję, żyję z dnia na dzień, inaczej nie potrafię. Ale pasje tak naprawdę mam dwie. Pierwszą jest motoryzacja. Drugą – ŁKS.


Kojarzycie gościa, który jest na każdym meczu ŁKS-u, za trzy literki dałby się pokroić, do tego zawsze ma pod ręką ciętą ripostę i nie bierze jeńców, gdy już ktoś podpadnie mu na fansowym forum, Twitterze lub Facebooku?

Z przestrzeni internetowej znacie go jako „Tajemniczego Don Pedro” i nie pytajcie skąd ten pseudonim. „Tajemniczy” jest tajemniczy, chociaż akurat dla nas zrobił wyjątek, zgadzając się na rozmowę w ramach kolejnego odcinka z kibicowskiego cyklu. Jak więc to było w jego przypadku? ŁKS wziął go od wejścia, czy podchodził ukradkiem przez kilka lat?


Bez włosa na głowie

– Za cholerę nie potrafię sobie przypomnieć pierwszego meczu. To był koniec lat 80. W ŁKS-ie zakochałem się w czasach technikum. Na Wileńskiej mieliśmy paczkę ełkaesiaków i oni poznali mnie z „Filim”. Gość miał pierdolca na punkcie ŁKS-u i to przez niego połknąłem bakcyla, zresztą także jemu zawdzięczam tę swoją powściągliwą fryzurę. „Fili” z wyboru był łysy, zawsze miał przy sobie maszynkę do strzyżenia, więc na wspólnych wyjazdach należało zachować czujność. Ja jej nie zachowałem, maszynka poszła w ruch i… tak już zostałem. Bez włosa na głowie. Z ŁKS-em w sercu – opowiada Maciej.

Akurat w tamtym czasie ŁKS był pod względem sportowym w cieniu lokalnego rywala i to w przypadku naszego bohatera również wpłynęło na decyzję o tym, za kogo w tej naszej pięknej Łodzi należy trzymać mocniej kciuki. Maciej nigdy nie lubił płynąć z prądem. Od pewnego zwycięstwa faworyta wolał niespodziankę. Postawił na ŁKS.

Klub kojarzył mu się zawsze z trzema rzeczami. Od strony piłkarskiej z wychowankami. Od strony kibicowskiej z ludźmi z zasadami (bo jak sam mawia: ełkaesiacy to są „sztywne gity”). I po trzecie – z wielosekcyjnością. W swoim dorobku w roli kibica ma już cztery mistrzostwa Polski zdobyte z koszykarkami, piłkarzami oraz siatkarkami. Charakterystyczny uśmiech rzadko znika mu z twarzy, ale przyznaje – wtedy płakał rzewnymi łzami.

– Chyba dlatego tak mocno przeżywaliśmy wszystkie te triumfy, bo zawsze wiał nam wiatr w oczy. Nasza klubowa kasa przez lata świeciła pustkami, a jedynym sprzedanym za poważne pieniądze zawodnikiem był Jacek Ziober, z którym, nawiasem mówiąc, za młodego codziennie się ścigałem przesiadając się z autobusu „52” do „80”. Klub ciągle był na minusie, żyliśmy z dnia na dzień. Bez planu – wspomina Maciej krzywiąc się na samo wspomnienie tamtych czasów, a potem łapie oddech i dodaje: – Wszystko co się teraz dzieje w sekcjach ŁKS-u to jest kosmos i dlatego nie potrafię zrozumieć wielu komentarzy naszych kibiców pojawiających się w social mediach. Ja też chciałbym jeszcze więcej i najlepiej natychmiast, ale popatrzmy na „dzisiaj” przez pryzmat historii. Dopiero wtedy docenimy, jak już dużo mamy – zauważa kibic.


Bajzel totalny

Maciej jest osobą ekspresyjną i chyba dlatego dziś najbliżej mu do ruchu ultras. Drużyna przegra na boisku po walce? Trudno, na trybunach zawsze musi być ogień. Jego żywioł to setki flag powiewających na całym stadionie, głośny doping, konfetti i serpentyny, czyli – jak to zręcznie sam nazywa – „totalny rozpiździel i bajzel w stylu bałkańskim”, choć antydopingu nie znosi.

– Nie usłyszysz nigdy z moich ust wulgarnego „pocisku” w stronę przyjezdnych. Dlaczego? Od zawsze walczyliśmy o dobrą frekwencję, a moim zdaniem antydoping mocno zmniejsza na tym polu nasze szanse. Nie ukrywam przy tym, że zakochałem się w atmosferze naszej hali i meczach siatkarek ŁKS-u, bo tam, jeśli już trafiają się „pociski” w stronę przeciwników, to zawsze humorystyczne i z jajem – podkreśla kibic.

Dla Macieja mecz ŁKS-u to świętość. Nie ma wymówki. W pierwszej połowie lat 90., w czasach gdy kursował co tydzień do Belgii samochodem dostawczym z przyczepą, zdarzyło mu się w dniu derbów z Widzewem utknąć w długim ogonku na granicy. Wielu by odpuściło pomstując na „siłę wyższą”. On wziął sprawy w swoje ręce.

– Przygotowałem koledze wszystkie dokumenty do kontroli celnej i poszedłem dalej pieszo, żeby złapać autostop. Zatrzymał się emigrant z Polski, też zresztą samochodem dostawczym. Po kilkunastu minutach jazdy stwierdził, że musi się dwie godziny zdrzemnąć. Gonił mnie czas, więc on poszedł się przespać, a ja wsiadłem za kółko i dzięki temu zdążyłem na mecz – opowiada ze śmiechem i wierzcie nam, nie jest to jedyna tego typu anegdotka w Maćkowym repertuarze.

– Innym znowu razem i co ciekawe też w dniu meczu derbowego, kuzynka poprosiła mnie o wymianę klocków hamulcowych. Pojechaliśmy całą kibicowską paczką przed meczem do warsztatu, następnie czym prędzej ruszyliśmy na stadion, ale że klocki niedotarte… bombnęliśmy w wywrotkę. Nie zapomnę miny kibiców pod stadionem, gdy przyjechaliśmy na mecz Peugeotem ze skasowanym przodem. Co jednak robić? Mecz rzecz święta – zaznacza Maciej.


Tamten przemarsz Akademii

Kibic ŁKS-u jest szczery do bólu. Przyznaje, że w 2012 roku, gdy klub po latach leczenia raka aspiryną znalazł się w stadium agonalnym, przeszło mu przez myśl, że jest po balu i nie ma już tu czego zbierać.

– Zwątpiłem i tego nie mogę sobie wybaczyć. Pamiętam, jak na jednym ze spotkań Stowarzyszenia Kibiców usłyszałem nazwisko Salski. Skąd oni wytrzasnęli tego gościa? – pomyślałem. Kto to jest? Okazało się, że to strzał w przysłowiową dziesiątkę. Nigdy nie zapomnę chłopaków, którzy grając tu praktycznie za darmo przepchnęli nas przez czwartą ligę; nie zapomnę o tych, którzy jeździli wtedy na wszystkie te „egzotyczne” wyjazdy, nie zapomnę o tych, którzy walczyli o stadion – mówi Maciej, który jak już wspomnieliśmy miał okazję świętować kilka mistrzowskich tytułów, ale w pamięci mocno mu utkwił zgoła inny obrazek, choć też z al. Unii 2.

– Przemarsz dzieciaków z Akademii podczas fety z okazji awansu do Ekstraklasy był tak przejmujący, że nie zapomnę tego nigdy. Podobną dumę czułem, gdy w Polsacie usłyszałem słowa panów Swędrowskiego i Kadziewicza o naszym zachowaniu podczas zeszłorocznych finałów w siatkówce. Na samo wspomnienie łza się w oku kręci.

Zdaniem Macieja fanatykiem się jest a nie bywa. Kibic twierdzi, że nie ma takiej rzeczy, której nie zdołałby klubowi wybaczyć, choć oczywiście potrafi być krytyczny. Przekonuje ponadto, że to co przytrafiło się klubowi kilka lat temu nauczyło wielu kibiców pokory, a i szacunku do pracy wykonanej przez „Salski i spółka”.

– Oczywiście nadal jest wiele do zrobienia. Fryzury u mnie brak, a i tak, gdy czytam niektóre komentarze kibiców po przegranych meczach aż włos jeży się na głowie. Przy okazji ostatniej akcji klubu też trafiło się kilka głosów z niezrozumiałymi dla mnie pretensjami. Chciałbym tym panom przypomnieć sytuację sprzed ośmiu lat, gdy kibice oddawali swoje oszczędności by ratować klub. Robili to, bo ŁKS to my – podkreśla kibic.


Zależy więcej

Na meczach piłkarzy czy siatkarek ŁKS-u wszędzie go pełno, ale gdy nieopatrznie użyłem sformułowania „jeden z mentalnych liderów kibiców” – bardzo się obruszył, zresztą jego zdaniem takich właśnie liderów z prawdziwego zdarzenia – kogoś, z kim można po ludzku pogadać, za kogo każdy pójdzie w ogień, którego słowo będzie święte – dziś bardzo brakuje na trybunie.

– Jeśli chodzi o mnie, to staram się żyć klubem, dbać o jego i naszych kibiców wizerunek, pomagać, bo to wszystko po prostu sprawia mi frajdę. Paradoksalnie, odkąd dziesięć lat temu wyprowadziłem się z Łodzi, jeszcze bardziej żyję kibicowskim życiem. Codziennie mam kontakt z naszymi kibicami i z klubem, czuję się jakbym w ogóle nigdy stąd nie wyjechał. Często jest tak, że trzeba dwa razy w tygodniu „walnąć” 300 km, ale tak się do tego przyzwyczaiłem, że nawet tego nie zauważam.

Prof. Robert Kozielski w ostatnim wywiadzie dla ŁKS TV powiedział, że rola kibica we współczesnym futbolu jest ogromna, a przy tym podkreślił znaczenie jego „odpowiedzialności” za klub. Jak rzeczoną odpowiedzialność rozumie kibic ŁKS-u?

– Klub, kibice, telewizje sportowe, sponsorzy – wszystko to system naczyń połączonych. Bez jednego nie ma drugiego. Pięćdziesiąt lat temu kibic przychodził na mecz, kupował bilet i na tym jego rola zwykle się kończyła. Dziś od kibica, jego zaangażowania zarówno na meczu jak i w codziennym życiu zależy więcej. Dziś kibic jest wartością i nie tylko w kategoriach jakiejś abstrakcyjnej „romantyki”, bo to, co robi jest policzalne. Załóżmy hipotetycznie, że mamy dwa identyczne kluby, oba zarządzane w ten sam sposób, oba o podobnym potencjale sportowym i równej liczbie fanów. W klubie „X” trybuny zawsze są kolorowe, roztańczone, rozśpiewane, kulturalne. W klubie „Y” podczas meczów dochodzi do burd, rzucania butelkami w piłkarzy, a i sam doping sprowadza się do przekleństw. Którym klubem zainteresuje się potencjalny sponsor? Mecze, którego z tych klubów chętniej pokaże telewizja?

Zdaniem Macieja wszystkie działania kibiców przekładają się na pozytywny lub negatywny wizerunek klubu, w konsekwencji na jego kondycję finansową, a co za tym idzie, na wyniki sportowe.

– To właśnie odpowiedzialność, o której wspominał profesor. Dziś mamy akcję #Gramyw12. Pomyślmy o tym, jak zareaguje sponsor, gdy zobaczy w sobotę pełne trybuny kartonowych kibiców, a co sobie pomyśli, gdy ujrzy puste trybuny – zauważa „Tajemniczy Don Pedro”.


Nie zepsuć

Sympatyka ŁKS-u przekonuje pomysł na „nowy ŁKS”, bo jak sam twierdzi ten ukierunkowany jest przede wszystkim na to, co będzie, a nie na to, co było. Historię lubi i szanuje, choć odnosi wrażenie, że odrobinę jej w całym tym klubowym przekazie za dużo (co autor tego tekstu oczywiście puści mimo uszu). Dziś natomiast nie może się doczekać otwarcia stadionu z czterema trybunami.

– Tak długo już na niego czekamy, że cieszę się każdym betonowym elementem, który przyjeżdża na budowę. Podglądam, zastanawiam się, jak będzie wyglądał za miesiąc, wyobrażam sobie pierwszy mecz. Na stadionie czuje się siłę tkwiącą w przynależności do grupy i to jest wspaniałe. Ale jest jeszcze level wyżej. Tysiące ludzi zgromadzonych w jednym miejscu i bezinteresownie dążących do wspólnego celu. To jest mój ideał – mówi sympatyk ŁKS-u, który wsparł także ostatnią akcję #Gramyw12. Wraz z kumplami wpadli w związku z nią na niecodzienny pomysł. Dzięki nim na sobotnim meczu z Górnikiem Zabrze oprócz tekturowych „awatarów” kibiców pojawią się wizerunki Władysława Króla, Stanisława Terleckiego i Marka Saganowskiego.

– Można potraktować tę akcję w kategoriach romantycznych, czyli wyrazić za jej sprawą swoją miłość do ŁKS-u. Można, mając na uwadze wizerunek klubu, udowodnić swoją lojalność. Można w końcu potraktować jako rywalizację – swoistą demonstrację siły kibiców ŁKS-u. Jakby więc nie patrzeć na tę akcję, klub będzie miał z niej pożytek. Czasy są trudne, klub ponosi nadal koszty, a jego dochody, jak i wszystkich klubów, gwałtownie spadły. Na kogo ŁKS ma dziś liczyć, jeśli nie na nas? – pyta retorycznie Maciej, który niekiedy odnosi wrażenie, że kibice tak bardzo ufają prezesowi Tomaszowi Salskiemu, iż część z nich gotowa pomyśleć – chłop poradzi sobie nawet bez nas. – Tak się nie da! – protestuje kibic.

– Jesteśmy klubem na początku trudnej drogi. Osiem lat temu w zasadzie nas nie było, dziś cieszymy się Ekstraklasą, a dzięki naszemu zaangażowaniu na klub może wkrótce zwrócić uwagę cały kraj. Nie zepsujmy tego! – kończy Maciej, choć prawdę mówiąc, to ostatnie zdanie w jego ustach wybrzmiało nieco bardziej dosadniej.

Czytaj także inne artykuły z kibicowskiego cyklu:


Autor: Remek Piotrowski