Kusiła nawet primadonna. Słynne trio resoviaków w ŁKS

Drużyna

Kusiła nawet primadonna. Słynne trio resoviaków w ŁKS

03.10.2020

03.10.2020

fot. Edward Hartwig / Operetka Warszawska 1957

Było ich trzech. W każdym… rzeszowska krew, ale do legendy przeszli przede wszystkim dzięki występom w Łódzkim Klubie Sportowym.

Charakterni, bardzo ofensywnie usposobieni, słynący ze skuteczności i co dla nas – w kontekście niedzielnego spotkania najważniejsze – związani najpierw z Resovią, a następnie, po krótkim przystanku w Warszawie i Gdańsku, także z ŁKS-em.

Ucieczka z domu

W latach 30. o sile ognia „pasiaków” decydował słynny tercet: Tadeusz Hogendorf – Stanisław Baran – Józef Wróbel. To na ich cześć rzeszowscy kibice śpiewali podczas meczów swoich drużyny: „Gdzie te Wróble, gdzie Barany, gdzie Hogendorf okrzyczany…”. Dodajmy, że od wspomnianego tercetu nie odstawał umiejętnościami również Marian Łącz.

Tadeusz Hogendrof i młodsi od niego odpowiednio o dwa i trzy lata Stanisław Baran oraz Marian Łącz zapisali się złotymi zgłoskami zarówno w historii Resovii, jak i ŁKS-u. Różne były koleje ich losów, wspólnym mianownikiem jednak – Resovia i właśnie łódzki klub. W 1937 roku najstarszy z tego trio postanowił szukać szczęścia w Warszawie i namówił do przeprowadzki także Stanisława Barana.

Zrobiła się z tego zresztą niezła heca, bo jak wyjaśnił Jacek Bogusiak w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” przyszły as ŁKS-u, wówczas zaledwie siedemnastoletni szczawik, nie pytał nikogo o zdanie. Ucieczka z domu, jak nietrudno się domyślić, spotkała się ze sprzeciwem rodziców. Koniec końców działacze Warszawianki, zachwyceni umiejętnościami młodych piłkarzy, udobruchali państwa Baranów, więc Staszek wraz z przyjacielem mógł kontynuować karierę w stolicy (pojechał nawet w 1938 roku na mundial!). W tym samym czasie Marian Łącz nadal występował w Resovii, ale drogi tej trójki zejdą się w Gdańsku, niedługo po zakończeniu okupacji.

Primadonna na pokuszenie

Po drugiej wojnie światowej Tadeusz Hogendorf, Stanisław Baran i Marian Łącz trafili do Gdańska. Tam tę bajeczną „rzeszowską trójkę” wypatrzyli ełkaesiacy i postanowili za wszelką cenę sprowadzić do łódzkiego klubu, który zamierzał bić się o awans do ekstraklasy. Piłkarze początkowo nie byli zainteresowani przeprowadzką do kominowego grodu, więc wysłannicy ŁKS-u chwycili się niezwykłego fortelu.

– Przez trzy dni chodzili za nami przedstawiciele łódzkiego klubu. Zapraszali nas do nocnego lokalu, gdzie śpiewała specjalnie dla nas primadonna warszawskiej operetki, Beata Artemska. Panowie z Łodzi właśnie przy pomocy pani Artemskiej nawiali nas do przeprowadzki do ŁKS-u. My stanowczo odmawialiśmy, bo w Gdańsku mieliśmy wyśmienite warunki – opowiadał kilkanaście lat temu Tadeusz Hogendorf w rozmowie z Marcinem Jeżowskim dla „Super Nowości”.

ŁKS był jednak bardzo zdeterminowany, odmowy w ogóle nie przyjmował do wiadomości, a kiedy wszystkie prośby i podlewane dobrymi trunkami obietnice zawiodły, wysłannicy łódzkiego klubu wytoczyli ciężkie działa.

– Po raz kolejny zaprosili nas do nocnego lokalu. Kelner przyniósł dobre wino, potem wsiedliśmy do amerykańskiego, czarnego forda, trochę zaszumiało nam w głowach… Gdy obudziliśmy się na drugi dzień, na ulicach zobaczyliśmy… tramwaje i zorientowaliśmy się, że jesteśmy w Łodzi. Ostatecznie zdecydowaliśmy się podpisać deklarację na grę w ŁKS, potem jeszcze dostaliśmy „zaskórniaka” i takim sposobem trafiliśmy do Łodzi, gdzie wówczas przeniosło się z Warszawy całe życie kulturalne, ponieważ stolica była niemal doszczętnie zniszczona – opowiadał Tadeusz Hogendorf we wspomnianej rozmowie z Marcinem Jeżowskim dla „Super Nowości”.

Legendy Resovii, legendy ŁKS

Udało się. Hogendorf, Baran i Łącz, tak jak wcześniej stanowili o sile ognia Resovii, tak potem rozkochali w sobie kibiców ŁKS, co więcej każdy z nich już jako ełkaesiak występował także w reprezentacji Polski. Wielką miłością darzyli łódzki klub zwłaszcza dwaj najmłodsi rzeszowiacy.

Ten najstarszy – Tadeusz Hogendorf – spędził w al. Unii 2 siedem lat, samych tylko meczów mistrzowskich oraz ligowych rozegrał tu grubo ponad sto, do tego zdobył 24 gole i chociaż podobnie jak w przypadku Stanisława Barana, najlepsze piłkarskie lata zabrała mu wojna, jako ełkaesiak rozegrał sześć meczów w reprezentacji Polski.

Stanisław Baran został liderem i niekwestionowaną legendą Łódzkiego Klubu Sportowego, do tego jednym z ojców słynnego zwycięstwa nad Górnikiem Zabrze (zdobył w tym meczu cztery gole), po którym red. Jerzy Zmarzlik obwieścił światu narodziny „Rycerzy Wiosny”. Bez polskiego „Stanleya Matthewsa” – jak go zaczęto z czasem nazywać – nie sposób wyobrazić sobie „złotego” zespołu trenera Władysława Króla, z którym popularny „radny” świętował Puchar Polski i mistrzostwo Polski.

Słynący z doskonałej gry tak lewą, jak i prawą nogą, do tego z nieszablonowego dryblingu i świetnej gry w powietrzu Marian Łącz zdobywał dla ŁKS-u gola za golem, a następnie przeniósł się do stolicy, bo tam swą siedzibę miała Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna, co dla marzącego przecież o karierze aktora piłkarza było wówczas najważniejsze. W latach pięćdziesiątych „Makuś” zamienił więc murawę na scenę teatralną i plan filmowy. Zagrał w wielu filmach wyróżniając się charakterystycznymi, zapadającymi w pamięć rolami drugoplanowymi, m. in. w „Brunecie wieczorową porą”, „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, „Gangsterach i filantropach”, „Misiu” czy „Janosiku”. Sentymentem darzył ŁKS-u ponoć do ostatnich dni.