Klub

„Kibicował cały stadion.” Wspomnienia fanów ŁKS z lat 70. i 80.

24.11.2020

24.11.2020

„Kibicował cały stadion.” Wspomnienia fanów ŁKS z lat 70. i 80.

fot. Archiwum Jacka Bogusiaka

– Poznałem smak przynależności do stadionowej „elity”, uczestniczenia w chóralnym śpiewie, szalonej radości przy zdobytym golu. Coś wspaniałego! – wspomina kibic ŁKS-u lata 70. i 80.

– Dziesięć tysięcy kibiców ŁKS-u na Łazienkowskiej brzmi dziś niedorzecznie, prawda? A tyle pojawiło się tamtego dnia w stolicy. Miałem wtedy tylko dziesięć lat, ale ojciec zabrał mnie na ten mecz. To był niezwykły wyjazd. Całą drogę na Łazienkowską spędziłem w… koszu motocykla Junak z kaskiem orzeszek na głowie. Na trybunach panował niewyobrażalny ścisk. Pamiętam, że kibice raczyli się tradycyjną piersióweczką i kiełbasą zwyczajną zawiniętą w „Głos Robotniczy” – wspomina przegrany 1:3 wyjazdowy mecz z Legią Paweł Lewandowski, znany kibic ŁKS-u, który doskonale pamięta atmosferę panującą na meczach łodzian w latach 70. i 80.

Siła ludzi

Kibice ŁKS-u należeli do ścisłej kibicowskiej czołówki jeszcze przed drugą wojną światową i nie inaczej było później. W dziś najbardziej nas interesujących latach 70. i 80. wspierali piłkarzy i w Łodzi, i na wyjazdach. W 1971 roku na decydujący o awansie do ekstraklasy mecz ze Śląskiem pojechało do Wrocławia kilka tysięcy łódzkich kibiców.

– Do dziś pamiętam, że pociąg składał się z dwunastu wagonów typu Pullman. Wzdłuż torów stali ludzie z transparentami: „Śląsk – ŁKS 0:3” i „ŁKS 1 liga!”. W sumie w stolicy Dolnego Śląska pojawiło się wtedy ok. sześciu tysięcy kibiców z Łodzi. Siła ludzi. Wrocław był nasz! – opowiada Tadeusz i przy tej okazji przytacza dwie anegdoty związane ze „słynnym lasem biało-czerwonych chorągiewek, który przykrył trybuny”.

– Pamiętam te chorągiewki, tym bardziej że bardzo nam wtedy pomogły. Kierowca taksówki którą jechaliśmy na stadion, nie mógł przejechać przez pochód naszych kibiców, więc wetknął za szybę samochodu nasze chorągiewki. Fortel się sprawdził. Z kolei w drodze powrotnej te chorągiewki tak się spodobały eskortującemu nas milicjantowi, że poprosił nas o jedną sztukę dla swojego syna. Chciałbym choć raz jeszcze przeżyć taki wyjazd. Dodam przy okazji, że do Wrocławia pojechał wtedy z nami, zresztą na „gapę”, mój kolega z podwórka, świętej pamięci Heniu Pielesiak, późniejszy wielokrotny mistrz Polski w boksie i olimpijczyk z Moskwy 1980 – relacjonuje Tadeusz.

Tamtego czerwcowego dnia w kierunku Wrocławia podążały autokary, furgonetki, samochody osobowe, a nawet ciężarówki. Jeden z dziennikarzy wspominał po tamtym spotkaniu o pewnym dyrektorze jednego z łódzkich zakładów, który dojrzał na parkingu pod stadionem Śląska autokar swojego przedsiębiorstwa, co było o tyle dziwne, że jego remont miał trwać dwa tygodnie. Okazało się, że kibice zatrudnieni w tym zakładzie rzeczony autokar remontowali dzień i noc, a potem, bez wiedzy zwierzchników, pojechali nim na mecz. – „Podobno zostanie im to wybaczone” – wyjaśnił dziennikarz, który w swoim reportażu z tego wydarzenia napisał, że „w chwili rozpoczęcia meczu wydawało się, że jesteśmy na stadionie w Łodzi”.

Na wyjeździe

To były inne czasy, które rządziły się innymi prawami. Mecz ze Śląskiem był szczególnym wydarzeniem, więc i szczególną miał oprawę, ale ełkaesiacy pojawiali się gremialnie także na innych polskich stadionach. I chociaż dziś trudno to sobie wyobrazić, zdarzało się, że oglądali mecz w towarzystwie kibiców innych zespołów.

– Po strzeleniu czwartej bramki cała „słynna dziesiątka” kibiców Wisły, czyli sektor na starej trybunie C, na której prowadzono doping, przyszła do nas i do końca meczu dopingowała… ŁKS. Nigdy później nie słyszałem o takim zachowaniu kibiców. Dodam przy okazji, że od rana do godziny 13 byliśmy goszczeni przez kibiców Cracovii, by w tym samym miejscu na krakowskich Błoniach po kilku godzinach popijać piwo z fanami Wisły. Takie czasy chyba nie wrócą – wspomina Paweł Lewandowski wygrany w 1978 roku przez ełkaesiaków 4:1 wyjazdowy mecz z mistrzowską Wisłą.

Na tych meczach wyjazdowych bywało różnie i opisany przed chwilą krakowski przypadek nie był oczywiście regułą, bo jeśli kibic ŁKS-u obserwował na żywo taki na przykład wyjazdowy mecz swojej drużyny z warszawską Legią, należało mieć się na baczności. Tutaj bowiem nazbyt ostentacyjne okazywanie radości po bramce ełkaesiaków mogło drogo kosztować.

– W końcówce meczu z Legią Arkadiusz Klimas strzelił dla ŁKS-u zwycięskiego gola, a że emocje wzięły górę i wraz z kolegą zerwaliśmy się ze swoich miejsc z rękoma uniesionymi w geście triumfu, pojawiły się problemy. Powiem tylko tyle, że tę naszą reakcję zauważyli kibice Legii, a ze stadionu wyfrunęliśmy tak szybko, że sam nawet Pietro Mennea, ówczesny mistrz na krótkich dystansach, nie zdołałby nas dogonić – dodaje z uśmiechem Paweł Lewandowski.

Zazwyczaj na spotkaniach wyjazdowych ełkaesiaków pojawiała się liczna grupa kibiców z miasta włókniarzy, lecz podobne przypadki oglądania meczów ŁKS-u incognito zdarzały się nierzadko także w końcu lat 80.

– Dla mnie jest to dość pamiętne wspomnienie, ponieważ był to jeden z moich nielicznych wyjazdów. Wyjazd na tak zwanego partyzanta. Ojciec jechał w interesach do Anina, wysadził mnie w okolicach stadionu, obejrzałem spotkanie na „krytej”, a po meczu odebrał gdzieś na uboczu. Pamiętam dokładnie, że ten bezbramkowo zremisowany z Legią mecz został rozegrany 26 marca 1988 roku, a wynik podano nawet w trakcie listy przebojów radiowej „Trójki”, bodajże przez członków zespołu Kobranocka, którzy wzięli udział w tej audycji, a w drodze do studia spotkali wracających ze stadionu kibiców ŁKS-u – wspomina pan Wojciech.

Kibice „Rycerzy Wiosny” byli ze swoją drużyną na dobre i złe, a trzeba pamiętać, że chociaż w latach 70. i 80. w zespole z al. Unii 2 występowała rekordowa liczba reprezentantów Polski, w tym i medalistów mistrzostw świata, ełkaesiacy byli zazwyczaj ligowym przeciętniakiem. Słabe zazwyczaj wyniki nie zniechęcały fanów.

– Pierwszy raz przeżyłem taki szok – opowiada Paweł Lewandowski o wysoko przegranym we wrześniu 1979 roku wyjazdowym meczu z Lechem. – Pociąg do Poznania miał opóźnienie, a do tego milicja długo nas przeprowadzała z dworca na stadion na Wildzie. Kiedy byliśmy już pod stadionem, kibice Lecha krzyczeli: „pół tuzina!” Zadawaliśmy sobie pytanie – „co te Pyry krzyczą?”. Kiedy weszliśmy na stadion, oniemiałem. Na tablicy wyników 6:0. Nie widziałem żadnej bramki, ale może to i dobrze – wspomina kibic ŁKS-u mecz z „Kolejorzem”, w którym Mirosław Okoński zdobył trzy gole.

Później, w latach 80., wyglądało to już zgoła inaczej. Zmienił się klimat meczów wyjazdowych, zmienił się nieco ich charakter i atmosfera im towarzysząca.

– W maju 1984 roku na wyjazdowy mecz z Motorem do Lublina pojechało blisko 400 osób, choć było to zwykłe ligowe spotkanie, bez żadnej stawki. Spotkanie rozpoczynało się o godz. 17.30, więc wcześniej pojechaliśmy nad jakiś akwen wodny. Innymi słowy, pełen relaks przy piwku. Przed meczem spotkaliśmy się wszyscy w umówionym miejscu w parku i zwartą grupą w czwórkach poszliśmy na stadion przy Alejach Zygmuntowskich. Na tamtym meczu wywiesiliśmy 22 klubowe flagi. Motor zerwał jedną z nich, więc nie pozostaliśmy dłużni. Co się stało potem? Kwadrans po pierwszym gwizdku zostaliśmy usunięci siłą ze stadionu. Milicja próbowała przepędzić nas na dworzec kolejowy. Chcieliśmy wrócić na stadion, ale milicjanci otoczyli cały obiekt – wspomina Piotr Skrzydlewski, który zaliczył ok. pół tysiąca wyjazdów z ŁKS-em.

U siebie

W latach 70. na domowych meczach ŁKS-u pojawiało się nierzadko i po 35 tysięcy widzów. Zespół grał w kratkę i często zawodził fanów, marzących o powtórzeniu sukcesów z epoki trenera Władysława Króla i jego „Rycerzy Wiosny”. Bez względu na to, na al. Unii 2 waliły tłumy.

– Atmosfera na meczach była „luźniejsza”. Pamiętam, że razem z bratem siadaliśmy na twardych betonowych stopniach wyściełanych gazetą. Nie było zorganizowanego dopingu, ale i tak kibicował cały stadion. Na trybunie mieściło się zawsze tylu kibiców, ilu danego dnia przyszło na stadion, a tam gdzie wydawało się, że ledwie zmieści się jedna osoba, mieściły się trzy – wspomina Tadeusz i po chwili zastanowienia przypomina sobie kilka charakterystycznych obrazków z dawnych czasów. – W pamięci zapadli mi panowie opróżniający szkło. Żaden się wtedy z tym nie krył, wódeczką raczono się oficjalnie, nikomu to zresztą wówczas nie przeszkadzało. Atmosfera na meczach też była bardziej „rodzinna” i nie tak moim zdaniem „skomercjalizowana” jak dzisiaj. Każdy dla każdego był takim „Bratem Łatą” – dodaje kibic.

Nie oznacza to oczywiście, że nie dochodziło do incydentów, w końcu piłka nożna wzbudza niekiedy bardzo skrajne emocje. Zdarzyło się więc obrzucić arbitra jakąś obelżywą wiązanką, zdarzało się obrzucić go czymś jeszcze gorszym, tak jak w marcu 1984 roku, gdy do Łodzi na rewanżowe starcie Pucharu Polski przyjechał Lech. Stawką spotkania był awans do półfinału tych rozgrywek, a że poznaniacy zjawili się w al. Unii 2 z bardzo skromną jednobramkową zaliczką, ełkaesiacy szykowali się na wielkie widowisko. Nie zawiedli się i szkoda jedynie, że pierwszoplanową postacią tamtych zawodów został… arbiter.

– Największą „gwiazdą” rewanżu był sędzia Jan Labus z Katowic. Przy wyniku 2:0 dla ŁKS podyktował karnego dla Lecha za faul Marka Dziuby, na oko: półtora metra przed linią pola karnego. ŁKS jednak walczył. Po akcji Arkadiusza Klimasa i jego centrze, Krzysztof Kasztelan wyskakując zza pleców obrońców wpakował „szczupakiem” piłkę do bramki, na sto procent zgodnie z przepisami, ale sędzia… odgwizdał spalonego – relacjonuje pan Wojciech, wspominając przy okazji, że jeszcze długo po tym meczu słychać było w mieście słowa kibicowskiej przyśpiewki: „Labus ty zmoro, ty zginiesz jak Aldo Moro”, w której nawiązano do zamordowanego przez „Czerwone Brygady” premiera Włoch.
– Lincz wisiał na włosku. Pod wejściem głównym zebrał się tłum z kamieniami, ale „bohatera” wywieziono milicyjną „suką” – mówi Paweł Lewandowski.

„Czułem się jak w domu”

Nie sposób nie wspomnieć, że w latach 70. spotkaniom „Rycerzy Wiosny” towarzyszyły kultywowane wówczas przez fanów zwyczaje. Sensację w Polsce wywołały zwłaszcza „czary” odprawiane na murawie przed meczem przez kilku ubranych w atrybuty kibicowskie sympatyków ŁKS-u (wspominał o tym m.in. Jacek Bogusiak). Łódzcy kibice daliby się za swoją drużynę pokroić, ale i potrafili docenić klasę rywala. W 1976 roku przed meczem w Zabrzu wręczyli Włodzimierzowi Lubańskiemu kryształowy puchar. Działaczy zabrskiego klubu tak ten gest chwycił za serce, że przez kilka kolejnych lat, kiedy zbliżał się mecz śląskiej jedenastki z ŁKS-em, przesyłali łodzianom kilkanaście bezpłatnych wejściówek.

W połowie lat 70. niewielu kibiców w Polsce mogło się równać z ełkaesiakami, a w swoim mieście byli bezkonkurencyjni. Doszło nawet do tego, o czym wspominał niedawno na antenie Radia Łódź red. Wojciech Filipiak, że kibice ŁKS-u odpowiadając na apel red. Władysława Lachowicza z „Głosu Robotniczego” wsparli w 1974 roku piłkarzy Widzewa w ważnym meczu z Motorem Lublin (pomogli też szczypiornistom Anilany), bo ci nie posiadali jeszcze w tym czasie tak licznej i przy tym zorganizowanej grupy fanów. Dodajmy, że pięć lat później, głównie za sprawą ełkaesiaków, podczas derbowego spotkania z Widzewem na stadionie przy al. Unii 2 pojawiło się aż 30 tysięcy widzów, co jest derbowym rekordem frekwencji.

– Obserwowałem wtedy wszystko z wysokości trybuny. Siadywali tam zazwyczaj starsi kibice, którzy przychodzili dla samej przyjemności oglądania meczu, pogadania ze znajomymi, pożartowania i często, spożycia pewnej ilości alkoholu. Po zakończonym spotkaniu, na trybunę wpadali chłopcy z workami i zbierali pozostawione puste butelki, celem sprzedania ich w punktach skupu. Sprawdzaniem biletów i utrzymaniem porządku zajmowali się starsi panowie, najczęściej w garniturach i pod krawatem, wyróżniający się tylko opaską na rękawie. Nie mieli żadnego problemu, żeby podejść i uspokoić niesfornego kibica, a w razie ostateczności wyprowadzić go z sektora, za aprobatą, a czasami nawet z pomocą innych oburzonych kibiców – wspomina z kolei pan Wojciech, którego już wkrótce poznamy lepiej przy okazji kolejnego artykułu z kibicowskiego cyklu.

– To był inny stadion. Mój stadion. Dobrze się tam czułem, bezpiecznie się tam czułem i to pomimo obecności milicjantów. Ile śmiechu zresztą było, kiedy taki milicjant odwracał się i rzucano w niego słonecznikiem, albo kiedy potknął się niezdara i mu czapka spadła. Już znacznie później, bliżej stanu wojennego, w kaskach na bieżni stawali. To tam, na stadionie, tuż po zakończeniu meczu z drużyną z Armii Czerwonej [Widzewem – przy. aut.] dowiedziałem się o podpisaniu porozumień sierpniowych. Na mecz poszedłem na piechotę, bo MPK strajkowało. Tak, tamten stadion to był mój drugi dom – wspominał na łamach książki wydanej z okazji 110. rocznicy klubu kibic ŁKS-u, Mirosław Stelmaszczyk. – „Na al. Unii 2 walili wszyscy. Starzy i młodzi. Kilkuletnie dzieciaki prosiły starszych – «Proszę pana, czy ja mogę z panem wejść» – bo bez opieki dorosłego porządkowi na trybuny wyrostków nie wpuszczali. Ale wchodzili. Nikt nie odmawiał – dodaje kibic.

To oczywiście subiektywny, bo oparty na wspomnieniach wybranych kibiców wycinek tamtej stadionowej rzeczywistości, dlatego zachęcamy aby w komentarzach pod postem na Facebooku także inni kibice ŁKS-u podzielili się swoimi wrażeniami z lat 70. i 80.


Czytaj także inne artykuły z kibicowskiego cyklu:


Zebrał: Remek Piotrowski