Klub

Ludzie wołają na nas „Trzy literki”

28.06.2020

28.06.2020

Ludzie wołają na nas „Trzy literki”

fot. Paweł Ciesielski

– Przed meczem powiedziałem żonie, że nasz syn otrzyma imię po autorze gola dla ŁKS-u. Kiedy padła bramka żona zamiast się cieszyć zapytała tylko: „kto strzelił?!”. Nie miałem sumienia powiedzieć jej prawdy, że to… Dzidosław Żuberek. Skłamałem, że Karol Piątek – mówi Piotr Chrabelski, kibic ŁKS-u, którego, tak jak i dwóch jego synów musicie kojarzyć. W końcu z ŁKS-em są na dobre i na złe.

Podobnie było z imieniem dla drugiego syna. Tym razem kibic postanowił podjąć tę decyzję przy okazji derbów na Widzewie. Piłkarze wówczas również nas nie rozpieszczali, ŁKS czekał wówczas na zwycięstwo przy al. Piłsudskiego już czternaście lat, więc Piotr obiecał sobie, że jeśli ełkaesiacy ograją lokalnego rywala, jego syn otrzyma imię Michał – po ówczesnym trenerze łodzian, Michale Probierzu. W 84. minucie akcja dwóch Marcinów (Smolińskiego i Mięciela) zapewniła ŁKS-owi zwycięstwo. Stanęło na Michale, który dziś wraz z Karolem i tatą trzyma kciuki za swoją drużynę.

– Żona boi się zajść w kolejną ciążę, bo synowie pytają o to, czy urzędnicy ścierpieliby: Artura Bryłę Chrabelskiego – śmieje się Piotr. To ten wesoły tercet wdziewa przed meczami koszulki z literami „Ł”, „K” i „S”. Są z nami od dawna. Rok temu świętowali awans do ekstraklasy. W bieżącym sezonie pocieszali piłkarzy po porażkach.

Nie dla wyników

Dziś Piotr mieszka z rodziną w Pabianicach, ale wychował się w Łodzi, w rejonach ulic Kilińskiego i Tuwima. W domu piłkarskiej zgody nie było. Brat kibicował Widzewowi, on zakochał się w ŁKS-ie. – Śmialiśmy się, że przez nasz pokój przebiega granica Łodzi – żartuje Piotr. Przy okazji meczów derbowych, w tamtym czasie rozgrywanych przecież regularnie dwa razy w roku, najwięcej na głowie miał ich ojciec. Dlaczego? Otóż zwykle po takiej „bitwie o Łódź” kogoś w domu trzeba było długo pocieszać.

fot. Artur Kraszewski

– Widzew zdobywał bramkę – płakałem ja. Wygrywał ŁKS – łzami zalewał się brat. W tym drugim przypadku często bywałem karcony przez tatę za przesadne okazywanie radości – uśmiecha się kibic wychowany na sukcesach drużyny z lat 90., zresztą z tego powodu jego ulubionymi piłkarzami zostali Rafał Niżnik i Zdzisław Leszczyński.

– Dzisiaj moimi ulubieńcami są Janek Sobociński i Michał Trąbka. Temu pierwszemu wróżę wielką karierę. Jedyne, czego mu brakuje to doświadczenie, odrobiny piłkarskiego fartu i wyrozumiałości części naszych kibiców. On jeszcze udowodni swoją wartość i będziemy mieli z niego wiele pociechy – zapewnia Piotr.

Idolem dziesięcioletniego Karola i siedmioletniego Michała kilkanaście miesięcy temu był Patryk Bryła. Dziś jest nim Artur Bogusz, choć chłopcy bardzo lubią także Jana Sobocińskiego („Przecież on gra w reprezentacji młodzieżowej” – zaznacza Michał), Michała Trąbkę i oczywiście Arkadiusza Malarza. – Mamy najlepszego bramkarza w lidze, a Trąbka daje z siebie wszystko. Widzę to po nim, kiedy schodzi z boiska po przegranych meczach. Wiem, że zawsze jest mu przykro – zauważa Karol.

Piotr wraz z synami wspiera ŁKS bez względu na aktualne miejsce w tabeli, ale zdaje sobie sprawę z tego, że historia jego ukochanego klubu wiodła nadzwyczaj wyboistą ścieżką.

– Bycie z ŁKS-em nie jest łatwe. Porażki, spadki, kłopoty licencyjne, jedna trybuna – wszystko to zawsze mocno mnie bolało. Sęk jednak w tym, że nie jestem kibicem, który kocha klub za wyniki. Spadek do pierwszej ligi też nas nie załamie, bo dziś wiemy, że klub zmierza wreszcie w dobrym kierunku – wyjaśnia kibic, dodając przy okazji, że nie wybaczyłby nigdy działaczom, gdyby ci, jak wielu ich poprzedników, zadłużyli klub.

– Bardzo współczuję kibicom klubów, które gotowe są zadłużyć się tylko po to, by osiągnąć krótkoterminowy cel.

Gdy nie ma karnawału

Przy al. Unii 2 Piotr jest nie tylko kibicem. Z roli ojca nie wychodzi przecież nigdy, tym bardziej że Karol i Michał szybko połknęli ełkaesiackiego bakcyla. Te ich początki bywały jednak zabawne i małym sympatykom ŁKS-u kojarzyły się przede wszystkim z… zakładami.

– Dzięki temu każda wygrana wiązała się z zakupem słodyczy, co ich bardzo nakręcało. Dziś chłopaków ekscytują już inne rzeczy. Tabela, składy, komentarze – wyjaśnia tata dwóch małych ełkaesiaków.

Kto wraz ze swoimi pociechami doświadcza piłkarskiego widowiska, ten wie, że sprawa tylko pozornie jest prosta. Po zwycięstwach kłopotu nie ma. Są uśmiechy, rozgrzane do czerwoności policzki, karnawał trwa w najlepsze. Znacznie trudniej wytłumaczyć dziecku, że także porażka wpisana jest w tę zabawę. Jakich wówczas użyć argumentów? Co mówić? Jak reagować na złość?

– Jeszcze rok temu chłopcy płakali po każdej porażce. Trafiały się wówczas rzadko. Dzisiaj, gdy drużynie się nie wiedzie, też marudzą, ale oni już zrozumieli swoją rolę. Naszym obowiązkiem jest wspierać ŁKS bez względu na sytuację. Kiedyś pokazałem synom, jak fani Liverpoolu przywitali bramkarza Lorisa Kariusa, który w tamtym słynnym finale Ligi Mistrzów pozbawił ich zespół pucharu. Marzę, by u nas też tak było. Nie zgodzę się nigdy z tymi, którzy wyzywają piłkarzy od najgorszych. Zupełnie inaczej rozumiem rolę kibica – podkreśla Piotr i nie ukrywa, że wszystkie te bolesne rozczarowania bieżącego sezonu powinny wiele nas nauczyć. I klub, i kibiców, i dwójkę jego synów. – Oni w swoim życiu też będą przegrywać. Mam nadzieję, że wtedy spotkają ludzi gotowych im pomóc. Rolą kibica jest właśnie to – pomagać – podkreśla kibic.

– Czy wygrywamy, czy przegrywamy, musimy wspierać piłkarzy – mówi Karol, a Michał woła zaraz za bratem. – Nieważne jaki jest wynik, ja i tak kocham ŁKS – deklarują uczniowie Szkoły Podstawowej nr 13 im. S. Sempołowskiej w Pabianicach, gdzie większość ich rówieśników kibicuje Widzewowi. Większość, lecz nie oni. – Jestem dumny z tego, że nie się złamali i obstają przy swoim. Mają charakter – mówi tata.

Spektakl dla miejscowych

Na meczach wyjazdowych zasiadają zwykle na trybunie z kibicami gospodarzy. I cała trójka przyznaje zgodnie, że gole zdobywane przez ełkaesiaków w delegacji smakują im najbardziej. Mają zresztą specjalnie na tę okazję przygotowany do perfekcji „teatr”. Wyskakują w górę, zanoszą się niby-szlochem mocno przy tym przytulając się do siebie i tylko w kącikach ust, ktoś, kto dobrze przyjrzałby się temu spektaklowi, zdołałby dostrzec nikły uśmiech triumfu.

– Na wyjazdy jeździmy całą rodziną. Ja, żona, chłopcy, nawet nasza trzyletnia córka. Zwiedzamy przy tej okazji różne miasta, przed meczem idziemy np. na basen, zajadamy się lokalnymi przysmakami…. i wtedy nie rozmawiamy za wiele o piłce. Dopiero gdy zakładamy te nasze „Trzy literki” rozpoczyna się zabawa. Ustalamy skład, sprawdzamy inne wyniki, czytamy komentarze w internecie – opowiada Piotr o swoich rodzinnych objazdowych tournee.

Na stadionach czują się bezpiecznie. Wiedzą, że mecz piłkarski to nie kółko różańcowe. Wiedzą, że emocje często biorą górę, wiedzą, że tutaj nawet ludziom z gatunku „do rany przyłóż” zdarzają się zamaszyste gesty, zdarzy się i zakląć (bynajmniej nie tylko pod nosem) i obrzucić niekiedy Bogu ducha winnego arbitra siarczystą wiązanką, w której nietrudno doszukać się klasycznej łaciny.

– Ludzie mówili mi, nie zabieraj „młodych” na mecze – tam bluźnią. A ja zabieram, bo moim zdaniem wychowanie nie polega na tym, by dziecko nie słyszało bluźnierstw, tylko by nie chciało ich powtarzać. Nigdy nie wybaczyłbym sobie, gdyby piłka nożna nauczyła chłopaków nienawiści, czy braku szacunku do rywala – zauważa ojciec dwóch młodych kibiców i przekonuje, że najważniejsza jest w tym wszystkich ich wspólna więź. Na meczach, przed telewizorem, podczas zabawy w chowanego. – Wygłupiamy się razem, razem się cieszymy, razem przeżywamy niepowodzenia. Dzięki tej więzi dziecko zawsze będzie chciało robić to wszystko wspólnie. Jeśli wie, że tatę fascynuje ŁKS i w tym weźmie udział – dodaje kibic.

– Najbardziej lubię, gdy po meczu piłkarze przybijają „piątki”. I jeszcze kiedy śpiewamy „W sercu przeplatanka…” – mówi Michał. – A ja wolę „ŁKS uderzył mi do głowy” – kontruje brata Karol. – Lubię też na koniec meczu wyjazdowego „ujawnić” się piłkarzom i naszym kibicom, bo zwykle te mecze oglądamy na sektorze gospodarzy – dopowiada młody kibic.

Tym dwóm małym sympatykom ŁKS wypełnił już sporą część życia i niewiele zapowiada, by w przyszłości miało się to zmienić. Mecz jest ważny. Mecz stanowi nagrodę, więc trzeba mieć się na baczności.

– W tym sezonie odpuściliśmy jedno spotkanie. Syn narozrabiał w szkole, więc zapadła decyzja, że całą trójką obejrzymy mecz w domu. Płacz był okrutny, a największą karą dla syna było to, że to przez niego nie możemy być jak zawsze na stadionie – opowiada Piotr.

To oczywiście wyjątek od reguły. Zwykle bowiem są. Śpiewają, trzymają kciuki, po przegranych meczach pocieszają piłkarzy. Zdaniem Piotra atmosfera na domowych meczach ełkaesiaków jest kapitalna, doping głośny, a oprawy należą do najlepszych w Polsce. Co za tym idzie kibic dziwi się, że klubowi nie udało się sprzedać  kompletu karnetów na ekstraklasę (- Nie może być tak, że jak jest  porażka to nie będę chodził dopóki „ten” czy „tamten” będą w podstawowym składzie – mówi), choć i dostrzega błędy po drugiej stronie.

– Zawodnicy powinni po każdym meczu podejść do kibiców i podziękować za doping. Gdy byliśmy w Poznaniu padał deszcz. Siedzieliśmy blisko ławki rezerwowych, więc dach nie pomagał. Byliśmy zziębnięci i przemoczeni do suchej nitki. Po przegranym meczu większość piłkarzy nam pomachała, ale pod sektor pofatygował się poza rezerwowymi tylko Michał Trąbka. I tak został idolem moich synów. Dziś chłopcy dadzą się pokroić za jego koszulkę czy choćby zdjęcie z autografem. Tak buduje się więź z kibicem – wyjaśnia Piotr.

Zgredy

Ludzie wołają na nich „Trzy literki”. Gdy w dniu meczu pojawiają się na trybunie pozostali kibice przybijają z chłopcami „piątki”. I nic w tym dziwnego. Ten tercet na stałe wpisał się w krajobraz sektora B2. Jest jego nieodłącznym elementem. Innymi słowy: bez Chrabelskich sędzia nie ma prawa gwizdnąć.

– My naprawdę uwielbiamy ten klub i jesteśmy pewni, że to, co najlepsze dopiero przed nami. Stadion, kolejna feta z okazji awansu, w międzyczasie pierwsze derby chłopaków i… Jan Sobociński w pierwszej reprezentacji. Spadek niczego tu nie zmieni – zapewnia Piotr, który na końcu opowiada, jak to Karol zapytał go niedawno, czy i oni są już „Zgredami” [tak brzmi potoczna nazwy grupy kibiców zasiadających na jednym z sektorów naszego stadionu].

– Zabrzmi to śmiesznie, ale opowiedziałem, że tak, jesteśmy „Zgredami” – mówi z uśmiechem na twarzy kibic i po chwili dodaje:

– Ostatni mecz zagramy w Kielcach…. Michał i Karol poprosili o to, żebyśmy przełożyli wakacyjny wyjazd. Musimy być przecież z piłkarzami, gdy oficjalnie będą spadać z ligi. Jeszcze nie wiem, czy uda się zdobyć wejściówki, ale zrobimy wszystko by piłkarze wiedzieli, że jesteśmy z nimi na dobre i na złe. I że wierzymy, że za rok znów awansują – kończy Piotr.


Autor: Remek Piotrowski